Góralu, chodź z nami na Drugą Stronę!
TS Podbeskidzie

Konieczny: szanuję to co mam

Dodany: 2014-02-22 07:57:29
Przyjeżdżając do Bielska liczyłem na rozwój sportowy, życiowy. I wszystko się mi tutaj udaje. Niech ten sen trwa nadal - mówi Bartłomiej Konieczny w kolejnym wywiadzie z cyklu Druga Strona pyta.

 

Bartłomiej Konieczny, ur. 9 czerwca 1981 roku w Skwierzynie, środkowy obrońca. Piłkarską karierę rozpoczynał w klubie Zjednoczeni Przytoczna. Potem grał w Amice Wronki, Warcie Poznań, Widzewie Łódź, Górniku Polkowice i Polonii Warszawa. Od 2008 roku w Podbeskidziu Bielsko-Biała. W barwach TSP rozegrał 101 meczów.

Bartłomiej Konieczny (po prawej) foto: spokofoto.com

Amica, Polonia Warszawa, Widzew – to klubu w których Pan występował. Najdłużej gra Pan jednak w Podbeskidziu. Czy to świadomy i zamierzony wybór?

Na początku nawet bym nie pomyślał, że taka rzecz się może wydarzyć. Przyjeżdżając do Bielska liczyłem na rozwój sportowy, życiowy. I wszystko się mi tutaj udaje. Liczyłem na awans i ten awans zrobiliśmy, choć trochę późno, bo dopiero po trzech latach. Życiowo też mi się tutaj układa, znalazłem tutaj narzeczoną. Te sześć lat w Bielsku-Białej traktuję jako dar od losu. Patrząc na mapę Polski każdy mówi, że Bielsko to koniec świata. Natomiast gdy się tutaj pomieszka to wydaje się, że właśnie tutaj znajduje się centrum świata. Wystawczy wyjrzeć przez okno i popatrzeć na góry. Mam przyjaciół z Ustki, którzy przez kilka miesięcy w ogóle nie idą nad morze i przypominają sobie o nim dopiero, gdy ktoś ich odwiedzi. My mamy góry i czujemy, że w nich żyjemy. To jest właśnie to. Bielsko to piękne, specyficzne miasto, w którym już niejeden się zakochał.

Lubi Pan w wolnych chwilach chodzić po górach?

Z tym jest pewien problem. W trakcie sezonu mówię, że zrobię to w wakacje. Gdy mamy wakacje, odwiedzam rodzinę i przyjaciół i okazuje się, że nie ma czasu na łażenie po górach. Gdy mam wolny weekend czy w ramach rozbiegania po meczu wsiadam na rower i jeżdżę po mniej wymagających trasach. Zwiedzam, podziwiam widoki. Jest to wspaniałe, bo przejedzie się dwa kilometry, a krajobraz zmienia się zupełnie. Łazić nie łażę, ale na rowerze jeżdżę. Gdy będzie cieplej to planuję wyjazd górami do Szczyrku – na oscypka – i z powrotem.

Jakie jest Pana ulubione miejsce w Bielsku?

Wiele mam takich miejsc. Lubię spacerować ulicą 11 Listopada i Starówką, taki odcinek od „ZetWueMu” do placu Wojska Polskiego i z powrotem. Jest to dla mnie bardzo urokliwe miejsce. Lubię też Dębowiec, czy się tam przebiec czy pojechać rowerkiem i potem szlakiem na Zaporę. Tam jest taka pętla rowerowa, gdzie ciężko się wjeżdża, ale szybko zjeżdża. (śmiech) Lubię też pojeździć sobie samochodem. Na Przegibek czy nawet przez Szczyrk do Wisły i z powrotem. Tak, aby poczuć ten górski klimat. Jest wiele fajnych miejsc, wystarczy po porostu wyjść z domu. Jadąc ulicą Andersa w Starym Bielsku, na zjeździe widać piękną panoramę Bielska i gór. Kiedyś miałem okazję być pod Krzyżem na Trzech Lipkach, stamtąd też mamy piękne widoki.

Mógłby Pan przewodnikiem po Bielsku zostać…

Nie, do przewodnictwa mi jeszcze daleko. Musiałbym się jeszcze sporo nauczyć.

Przejdźmy w takim razie do spraw piłkarskich. Gole strzela Pan rzadko, ale gdy już się przytrafi to jest wielkiej urody. Myślę o bramce w meczu z GKS-em Katowice, jeszcze w pierwszej lidze. Jednak teraz rzadko uderza Pan z dystansu, dlaczego?

Wtedy Darek Kołodziej miał chyba kontuzję, mieliśmy kilka treningów strzeleckich. Raz było lepiej, raz gorzej, czasami nawet śmiesznie, ale wychodziło mi, z reguły trafiałem w światło bramki. Czułem się więc odpowiedzialny za to, że jak będzie jakaś po temu okazja to spróbuję. To była chyba czwarta minuta meczu, więc sił było mnóstwo. Stał przy mnie wtedy Maciek Rogalski i mówiąc delikatnie, lekko się zdziwił, że chcę uderzać. Odpowiedziałem mu, że przecież zawsze można spróbować. Gorczyca ustawił mur dość lekceważąco nie licząc, że z takiego daleka można strzelać. I się udało.

Potem nie dostawał Pan od trenerów wskazówek, aby strzelać z dystansu?

 Nie, trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Mamy przecież Kołka, Maćka Iwańskiego. Kilka nieudanych prób w meczach spowodowało też, że stwierdziłem, iż musiałbym więcej czasu poświęcić na strzeleckie treningi. Odpuściłem więc. Nie warto się czasami ośmieszać, tym bardziej, że drużyna traci w takich przypadkach szansę na bramkę. Z drugiej strony urazy, których doznawałem w ostatnim czasie sprawiły, że chuchałem na zimne i wolałem nie nadwyrężać nogi ćwicząc dodatkowo strzały z dystansu. Takie strzały mogą powodować dodatkowe mikrourazy. Nie pchałem się więc, bo dla mnie najważniejsze jest wywiązanie się ze swojej roli na boisku. Bardziej skupiam się teraz na wejściu w pole karne przy stałych fragmentach gry i wykorzystaniu swojego wzrostu.

Pana rola na boisku to powstrzymanie napastników. Który z rywali był dla Pana najtrudniejszym przeciwnikiem?

Pamiętam jak w meczu Pucharu Polski ze Śląskiem Wrocław „przerobił” mnie Voskamp. Przegraliśmy wtedy 1:0 po moim błędzie, bo Voskamp miał bardzo specyficzny sposób poruszania się po boisku.  Jako obrońca lubię mieć na widoku piłkę i przeciwnika. Tymczasem on, podobnie zresztą robił jeszcze Rudnevs, zachodzili obrońcę od tyłu, ten tracił orientację i przy długiej piłce nie było kontroli nad zawodnikiem. W tym meczu pamiętam jak Mila wrzucił taką piłkę za plecy.  Wydawało się, że wszystko mam pod kontrolą, tymczasem on wsadził nogę, przerzucił piłkę nad moją głową i stanął sam na sam z Ryśkiem Zajacem. Voskampa teraz nie widać, ale podobnie jak on robi obecnie coraz więcej napastników.  Ale z kolei my jako obrońcy stosujemy inne manewry, aby im przeszkodzić.

Przygotowując się do meczu zwraca Pan uwagę na konkretnych zawodników i ich charakterystyczne zagrania, czy raczej jest to obserwacja całej drużyny?

Do każdego meczu przegotowujemy się cały sezon. Oglądając ligę w telewizji czy na powtórkach z każdego meczu coś wyciągamy. Za miesiąc przypomnę sobie, że oglądając mecz przeciwnika widziałem jak zastosował on takie czy inne zagranie. W tygodniu poprzedzającym mecz zawsze mamy odprawy, na których analizujemy grę rywala i każdy zawodnik analizuje ten zespół pod swoim kontem. Ja zawsze patrzę na zachowania napastników. Oglądając mecz, choćby ostatnio Ligi Mistrzów, nie patrzę na to gdzie jest piłka, ale jak zachowuje się zawodnik grający na mojej pozycji. Czasami po obejrzeniu takiego spotkania nie mogę powiedzieć która drużyna była lepsza, ale mogę porównać grę obrońców. To już takie zboczenie zawodowe.

Od dłuższego czasu każdy mecz Podbeskidzia jest meczem o wszystko. Kiedyś graliście o awans, teraz o utrzymanie. Czy presja z tym związana wpływa na pana grę?

Gdy jest presja wyniku to człowiek bardziej się koncentruje, bardziej jest skupiony, przywiązuje większą wagę do detali. Gdy w pierwszym sezonie w Ekstraklasie zrobiliśmy już utrzymanie i zaczęliśmy grać na luzie, to zdobyliśmy bardzo mało punktów. Wygląda więc na to, że jak gramy pod presją to gramy bardziej efektywnie. Może mniej efektownie, ale często efektowność dla kibica znaczy tyle samo co efektowność. Ja osobiście mogę grać brzydko, ale ważne abym wygrywał mecze. Razem z kibicami cieszę się z tego, że wygrywamy. Gra pod presją chyba nam jednak służy.

A czy to skupienie i duża koncentracja jest też powodem tego, że Podbeskidzie lepiej gra z drużynami teoretycznie silniejszymi?

Tak, to jest właśnie chyba to. Przy sytuacjach bardziej nam zagrażających jest większa mobilizacja. Grając z Legią musimy się wznieść na swoje wyżyny, aby zagrać jak równy z równym. Bardziej się więc koncentrujemy. Wygrywając z Legią powinniśmy wygrać z każdym. Tak też do tego podchodzimy. Należy jednak pamiętać, że to jest sport i gdyby wygrywali tylko faworyci to byłoby to nudne. Nie ma reguły, dlatego piłka nożna jest taka piękna.

Pana największy sukces?

Nasza gra w Pucharze Polski. Pamiętam, była chyba 75 minuta meczu z Lechem i prowadziliśmy 2:0. Ciarki mi po plecach przeszły. Pomyślałem:  kurcze… zagramy w finale Pucharu Polski. Tam czekała już na nas Legia. Była duża szansa, aby zaraz po awansie zagrać w europejskich pucharach. Ale tego awansu w końcu jednak nie było. Może na szczęście, bo nie wiadomo czy nie rozpłynęlibyśmy się w walce o awans do ekstraklasy. Właśnie ten sezon był dla mnie znaczący. Fajnie pograliśmy w Pucharze Polski, zrobiliśmy historyczny dla Bielska-Białej awans do Ekstraklasy i to było wspaniałe przeżycie. Ten sen trwa nadal, trzeci sezon jesteśmy w Ekstraklasie. Może nie zdobyłem w piłce nożnej za wiele, ale szanuję to co mam i cieszę się z tego. Niech ten sen trwa dalej.  

A gdyby miał Pan wskazać najważniejsze wydarzenie w swojej karierze?

Chyba gol na 1:0 z Pogonią Szczecin w zeszłym sezonie. Dwa tygodnie wcześniej pojawiła się wiadomość, że Polonia nie otrzymała licencji. Pomyślałem wtedy, że jeśli tej okazji nie wykorzystamy i nie pozostaniemy w Ekstraklasie to będziemy skończonymi… nie będę mówił kim. Była jeszcze większa presja. Zaraz potem przegraliśmy z Piastem, a ja strzeliłem samobója.  Utrzymanie bardzo mocno się oddaliło. Przyszedł jednak poniedziałek po tym meczu. Jechałem z chłopakami na trening do Dankowic i mówię: jedziemy na Lecha i wygrywamy, potem u siebie wygrywamy z Pogonią i z rozpędu ogrywamy Widzew. Nie ma siły, utrzymamy się. Chłopcy stwierdzili, że jestem wariatem. Pojechaliśmy na Lecha, miałem asystę przewrotką i wygraliśmy 2:0. Tym, co się ze mnie śmiali miny trochę zrzedły. Potem w pierwszej minucie meczu z Pogonią strzeliłem gola na 1:0 i to była ta najpiękniejsza chwila. Sen się zaczął realizować. Dziwnych sił dostałem wtedy, a przecież po tym samobóju powinienem być przytłumiony. Zdobyliśmy dziewięć punktów i się utrzymaliśmy, nawet gdyby Polonia otrzymała licencję.

Całą tą rundę wiosenną poprzedniego sezonu Pan wierzył w utrzymanie, mimo iż wielu było takich, którzy już zwątpili.

Nie było w szatni osoby, która się poddała. Gdyby jedno ogniwo odpadło to cały organizm już by nie funkcjonował. Po dwóch przegranych pod rząd – z Polonią i Piastem – nasza wiara była zachwiana, ale szczęście było po naszej stronie i tym piękniejszy był powrót z Łodzi po ostatnim meczu.

Pana piłkarski wzór?

Uwielbiałem zawsze patrzeć na Johna Terry’ego z Chelsea. Do Gerarda Pique nawet nie staram się porównywać, bo to zupełnie inna gra. Poza marzeniami. John Terry całe życie był dla mnie kimś, na kogo zwracałem uwagę.

Piłkarskie marzenie?

Marzeń jest wiele. Mam 32 i pół roku - już sobie odejmuję (śmiech) - ale marzenia ciągle są i będą. Teraz moim marzeniem jest, żeby zdrowie pozwalało mi w końcu grać tak jak się chce. Przepracowałem cały okres przygotowawczy. Czuję się wspaniale i niczego się nie boję. Moim marzeniem jest więc to, żeby być zdrowym i dawać z siebie jak najwięcej.

A z kim chciałby Pan zagrać na otwarcie nowego stadionu w Bielsku-Białej?

Niwe chciałbym grać z Barceloną, bo przyjedzie trzeci skład tak jak na Lechię. Myślę, że ktoś z Bundesligi, najlepiej „polska” drużyna”. Najbardziej polska jest teraz Borussia Dortmund. Dla kibiców też byłoby to wspaniałe wydarzenie, gdyby mogli zobaczyć na stadionie w Bielsku na przykład Łukasza Piszczka, który jest z Goczałkowic. On też by się z tego zapewne cieszył. To byłby idealny kandydat.

Dziękuję za rozmowę

Dziękuję.

 

Zobacz inne wywiady z cyklu: Druga Strona pyta

Komentarze: